
Dokładnie tydzień temu pierwszy raz w życiu zawitałam do stolicy naszego kraju. Nie będę oszukiwać, więc od razu napiszę, że było to oczywiście związane z Targami Książki w Warszawie. Gdyby nie ta okoliczność to Warszawa jeszcze długo byłaby poza moim zasięgiem. A jest to dowodem na to, jak bardzo kocham książki i podobne wydarzenia :)

Po krótkiej rozmowie z Hanną Cygler mogłam się zająć kupowaniem, kupowaniem i jeszcze raz kupowaniem ton książek. Odwiedziliśmy kilka stanowisk, m.in. wydawnictwa Rebis, SQN, Sonia Draga, Naszej Księgarni, Media Rodzina no i nieszczęsnego Empika.

Było dosyć słabo z przecenami, ale czego miałam się spodziewać?. Już po godzinie 11, a zwłaszcza po 12, było mnóstwo ludzi, przez co moim narzekaniom nie było końca. Starałam się wyszukać wzrokiem kilka znajomych twarzy i w końcu poznać innych blogerów, ale dlatego że jestem niska (bardzo), to czułam się jak krasnal wśród olbrzymów - nikogo nie widziałam. Kiedy w końcu zobaczyłam Abigail i Jane rzuciłam szybkie cześć Ani (którą chyba wystraszyłam, przepraszam! :D) i tłum popchnął mnie dalej. Zależało mi, aby poznać w końcu Martę oraz Aleksandrę, ale tym razem nie miałam tyle szczęścia. Może w Krakowie? Gdzie będę stała z wielkim transparentem i łapała wszystkich po kolei?
Jeśli chodzi o spotkania z pisarzami to poznałam wyżej wspomnianą Hanną Cygler, w okolicy godziny 13 Małgorzatę Gutowską-Adamczyk, a już o 14:30 stałam jako pierwsza w kolejce, przy stanowisko wydawnictwa Cztery Strony, do Remigiusza Mroza. I to chyba tamta kolejka owocowała w poznanie kilku osób :)
Chciałam jeszcze poznać osobiście Cecelię Ahern, niestety musiałam zdecydować: albo dłuuuga kolejka przy wydawnictwie Akurat, albo spotkanie z Remigiuszem Mrozem. Długo się nie zastanawiałam, przyznaje się.

Jeśli chodzi o sferę organizacyjną to było kiepsko. Chociaż z powodu tego tłumu ludzi w tych wąskich przejściach. Nie rozumiem dlaczego płyta boiska nie została udostępniona, gdzie można by było trochę odetchnąć. A tak to pewnie wiele osób wróciło do domu wymęczonych, poobijanych, z piękną pamiątką na ciele, czyli siniakami.
Trybuny zostały udostępnione tylko z jednej strony (serio?!), przez co trzeba się było przedzierać przez cały stadion, aby na chwile usiąść. Czasami dojście tam zajmowało dwadzieścia minut. O strefie jedzenia to nie wspomnę. Rada dla wszystkich: idziecie na targi, weźcie swój prowiant ;)

Wniosek taki, że więcej na targach w Warszawie się nie pojawię. Nie tylko ze względu na organizację, ale również dlatego, że z Wrocławia do stolicy jedzie się ponad pięć godzin. Jednak w Krakowie i pewnie w Katowicach się pojawię :)
0 komentarze:
Prześlij komentarz