
Technika poszła tak do przodu, że nawet ekranizacje książek przechodzą niebywałą przemianę. Czasami chodzi tylko o dobre i efektowne ujęcia, a czasami reżyser decyduje się iść w kompletnie innym kierunku i stawia na efekty specjalne. Do tej pory sądziłam, że komputeryzacja to przyszłość kina i na tym powinno się opierać kręcenie nowości. Jednak po tym, jak zobaczyłam Zbuntowaną doszłam do wniosku, że postęp techniczny nie powinien odnosić się do ekranizacji jakiejkolwiek powieści.
Po ataku na Altruizm Jeanine postanawia zlikwidować również wszystkich Niezgodnych. Jednak najpierw potrzebuje ich do otwarcia pewnego pudełka, które było celem ataku. Przywódczyni Erudycji uważa, że jest to coś, co pomoże utrzymać społeczeństwo w ryzach. Po drugiej stronie mamy Tris i Cztery, którzy zbiegli z Nieustraszności i znaleźli schronienie w Serdeczności. Nie wiedzą, co powinni robić, ani jak odzyskać to, co zostało im odebrane. Ale oboje wiedzą, że nie dane im będzie odpocząć.

Od samego początku można się było spodziewać, że zmiana reżysera nie będzie dobrym rozwiązaniem. Robert Schwentke zdecydował się postawić na efekty specjalne i zrobił ze swojej najnowszej produkcji pokaz techniki! Swoją własną wizję książki przełożył na ekran w sposób niecodzienny, ale jednocześnie nieudany dla większości fanów Zbuntowanej Roth. W filmowej wersji brakuje wiele istotnych elementów, odnoszących się do związku Tris i Cztery oraz do walki o Chicago czy przetrwania Niezgodnych. Reżyser zdecydował się na zmianę wielu scen. I choć czytałam książkę już jakiś czas temu, to te zmiany były bardzo widoczne. Doskonale rozumiem, że ekranizacje opierają się w dużej mierze na interpretacji reżysera, scenarzystów. Jednak te zmiany były zbyt duże.
To, że osobiście jestem zawiedziona filmem, chyba jest już jasne. Ale mam wrażenie, że nie tylko efekty specjalne mogą zniechęcić do obejrzenia ekranizacji. Chodzi również o kreację bohaterów. O ile Tris nadal jest bohaterką, której charakteryzacje uważa się za całkiem udaną, to nad Tobiasem trzeba się zastanowić. Cztery istnieje tylko po to, aby ratować dziewczynę. Pojawia się zawsze wtedy, kiedy ona najbardziej tego potrzebuje (nie wspomnę nawet o wątku, którego zabrakło, a na którym kolejna część powinna się opierać). Całkowicie stracił swój wcześniejszy urok twardziela - a jeśli wcześniej nie był twardzielem, to chociaż miał męskie cechy - i stał się do bólu słodki. Ogromnym zaskoczeniem było dla mnie pojawienie się Naomi Watts, której udział zobaczyłam dopiero w końcowych napisach. Aktorka wcieliła się w rolę matki Tobiasa - Evelyn. Wypadła całkiem nieźle, tym bardziej, że naprawdę trudno ją było poznać po tej kreacji! Jeśli zaś chodzi o Kate Winslet to bez niej ten film praktycznie by nie istniał. To twarde spojrzenie, zdecydowanie w głosie, a później strach sprawia, że widz jest zaintrygowany. Z postaci męskich zdecydowanie wybił się Miles Teller - jego humor oraz profesjonalne podejście do roli sprawiło, że jego postać naprawdę da się polubić.
Mimo że ekranizacja sama w sobie nie należy do najbardziej udanych, to ogląda się ją miło. Na pewno całkiem inaczej odbiorą ją osoby, które nigdy nie miały w ręku książki i nie znają jej treści. Twórcy doskonale wyjaśniają wszystkie niespójności, fragmenty poprzedniej części. Wniosek stąd taki, że widz, który nie widział Niezgodnej jest w stanie zrozumieć o co tak naprawdę chodzi.
Mam nadzieję, że reżyserią kolejnej części nie zajmie się również Robert Schwentke. Inaczej podzielona Wierna znowu będzie rozczarowaniem. Nie mniej jednak fanów i nie-fanów zachęcam do tego, aby zobaczyli i sami wyrobili swoje zdanie. Jestem świadoma tego, że wielu osobom ekranizacja się podobała i praktycznie nie mają jej nic do zarzucenia.

To, że osobiście jestem zawiedziona filmem, chyba jest już jasne. Ale mam wrażenie, że nie tylko efekty specjalne mogą zniechęcić do obejrzenia ekranizacji. Chodzi również o kreację bohaterów. O ile Tris nadal jest bohaterką, której charakteryzacje uważa się za całkiem udaną, to nad Tobiasem trzeba się zastanowić. Cztery istnieje tylko po to, aby ratować dziewczynę. Pojawia się zawsze wtedy, kiedy ona najbardziej tego potrzebuje (nie wspomnę nawet o wątku, którego zabrakło, a na którym kolejna część powinna się opierać). Całkowicie stracił swój wcześniejszy urok twardziela - a jeśli wcześniej nie był twardzielem, to chociaż miał męskie cechy - i stał się do bólu słodki. Ogromnym zaskoczeniem było dla mnie pojawienie się Naomi Watts, której udział zobaczyłam dopiero w końcowych napisach. Aktorka wcieliła się w rolę matki Tobiasa - Evelyn. Wypadła całkiem nieźle, tym bardziej, że naprawdę trudno ją było poznać po tej kreacji! Jeśli zaś chodzi o Kate Winslet to bez niej ten film praktycznie by nie istniał. To twarde spojrzenie, zdecydowanie w głosie, a później strach sprawia, że widz jest zaintrygowany. Z postaci męskich zdecydowanie wybił się Miles Teller - jego humor oraz profesjonalne podejście do roli sprawiło, że jego postać naprawdę da się polubić.

Mimo że ekranizacja sama w sobie nie należy do najbardziej udanych, to ogląda się ją miło. Na pewno całkiem inaczej odbiorą ją osoby, które nigdy nie miały w ręku książki i nie znają jej treści. Twórcy doskonale wyjaśniają wszystkie niespójności, fragmenty poprzedniej części. Wniosek stąd taki, że widz, który nie widział Niezgodnej jest w stanie zrozumieć o co tak naprawdę chodzi.
Mam nadzieję, że reżyserią kolejnej części nie zajmie się również Robert Schwentke. Inaczej podzielona Wierna znowu będzie rozczarowaniem. Nie mniej jednak fanów i nie-fanów zachęcam do tego, aby zobaczyli i sami wyrobili swoje zdanie. Jestem świadoma tego, że wielu osobom ekranizacja się podobała i praktycznie nie mają jej nic do zarzucenia.
0 komentarze:
Prześlij komentarz