
Nie każdy marzy o tym, aby żyć w schemacie dorosłości - skończyć szkołę, pójść na studia, znaleźć pracę, założyć rodzinę. Margo już dawno postanowiła nie spełniać oczekiwań społeczeństwa i wyruszyć w świat; poznać siebie, otoczenie i zrozumieć, dlaczego życie wygląda tak, a nie inaczej. Nagle znika. Nikt nie jest w stanie powiedzieć, gdzie wyjechała. Jej przyjaciel z dzieciństwa, Quentin, odkrywa kilka wskazówek, które mogłyby mu pomóc odnaleźć dziewczynę. Poszukiwania stają się jego jedynym zajęciem, a wciągając w to swoich przyjaciół wie, że tych tygodni nie zapomni do końca życia.
Byłam bardzo podekscytowana na wieść, że ten film zostanie nakręcony. Przez cały czerwiec i lipiec nieustannie słuchałam ścieżki dźwiękowej, oglądałam kadry z plany i jeszcze bardziej się nakręcałam. Stąd moje oczekiwania były naprawdę wysokie. Jednak już pierwsze minuty filmu sprawiły, że marzenie o ekranizacji rewelacyjnej lub chociaż dobrej, zostało rozwiane.

Jake Schreier nie ma za sobą zbyt długiej kariery filmowej, jeśli chodzi o produkcje własnej reżyserii. Oprócz Papierowych miast znany jest z filmu Robot i Frank, który zgarnął naprawdę dobre recenzje. Niestety, Papierowe miasta przy jego poprzednim filmie wypadają naprawdę słabo.
W ekranizacji książki Greena zostaje uchwycone wszystko to, co powinno, jednak w bardzo okrojonej wersji. Pojawia się niemal każda scena, która została opisana w powieści, ale brakuje jej tego charakteru, tych emocji, które dostarczył pisarz. W filmie tylko jedna scena, w porywach dwie, są w stanie rozśmieszyć widza inteligentnym żartem. Natomiast podczas lektury czytelnik nieustannie się śmieje. Podobnie było z długo wyczekiwaną przeze mnie sceną na stacji benzynowej - ukazana beznadziejnie.

Mam również nieodparte wrażenie, że w filmie nie zostało przekazane to, co powinno. Historia skupiła się głównie na motywie poszukiwań, podróży oraz obsesji Quentina. Reżyser w swojej interpretacji kompletnie pominął to, co było istotne w książce. W samodzielnym filmie taki kierunek nie byłby zły, jednak dla osoby, która nieustannie porównuje film do książki (ci, którzy mają za sobą lekturę na pewno tak robią) widać te braki. A z pewnością fabuła powieści nie opiera się tylko i wyłącznie na znalezieniu Margo...

Lubię Nata Wolffa za jego rolę w Stuck in Love, dlatego sam fakt, że miał się wcielić w Quentina naprawdę dobrze rokowało. W ostateczności inaczej sobie wyobrażałam cechy Q, jego sposób bycia, itd. Natomiast Cara Delevingne to była Margo. Wiem, że wiele osób w ogóle nie zgadza się z tą opinią, ale biorąc pod uwagę, że bohaterka miała taki, a nie inny charakter, to Cara naprawdę świetnie to pokazała. Aktorka z niej żadna, miałam raczej wrażenie, że była na planie sobą. Może dlatego, że podobnie grała w Twarzy Anioła.
Podsumowując, Papierowe miasta jako film to naprawdę ciekawa i dobrze nakręcona produkcja. Jednak jako ekranizacja, na całe szczęście dokładna, jest pozbawiona tych kilku ważnych aspektów.

0 komentarze:
Prześlij komentarz