
Zaczęło się beznadziejnie. Pierwszy sezon to była droga przez mękę, nudę i wszystkie inne przymiotniki, epitety i porównania, jakie tylko przychodzą mi do głowy. Jednym zdaniem: tego nie dało się oglądać. Nie mniej jednak opinie innych widzów były świetne, więc po zaledwie sześciu odcinkach nie mogę zrezygnować. Z drugim sezonem było tak, że zainteresował mnie niemal od razu. Nie, on mnie pochłonął, przemielił i wyrzucił, zmuszając do zrobienia sobie krótkiej przerwy między kolejną serią. Podobnie było z sezonem trzecim i czwartym. Chociaż ten ostatni lekko mnie zawiódł, bo nie utrzymał już tego samego poziomu, co poprzedni. Natomiast piąty, jak dla mnie, to kompletne nieporozumienie. Nie wiem dlaczego twórcy zdecydowali się na takie kroki, takie zmiany (tak, zniknęła moja ulubiona bohaterka), przez co skutecznie zniechęcili mnie do dalszego oglądania. Ale zobaczyłam ten pamiętny szesnasty odcinek, którym tak wielu było zachwyconych.

Serial zaczyna się, kiedy główny bohater Rick Grimes (Andrew Lincoln) budzi się w opustoszałym szpitalu, zdezorientowany całą sytuacją. Szybko zdaje sobie sprawę z tego, że coś jest nie tak, głównie dlatego, że widzi ogromną ilość ludzkich zwłok, a następnie gnijące, poruszające się ciała - zombie. W rodzinnym mieście spotyka pierwszego żywego człowieka i jego syna. Spędza z nimi kilka dni, a następnie wyrusza na poszukiwania swojej rodziny. Nie spodziewa się, że to dopiero początek koszaru.
W kolejnych odcinkach widz ma okazję poznać kilka nowych postaci: Daryla Dixona (Norman Reedus) oraz jego brata Merle'a (Michael Rooker), Shane'a Walsha (Jon Bernthal), rodzinę Ricka, żonę Lori (Sarah Callies) oraz syna Carla (Chandler Riggs). W kolejnych sezonach pojawia się znanym już chyba wszystkim Gubernator Philip Blake (Davis Morrissay). Jednak twórcy upodobali sobie zabijanie wielu postaci w najmniej odpowiednim momencie, przez kompletnie nie widzę sensu w podawaniu innych nazwisk.
Jak wcześniej wspomniałam, trochę zajmuje wciągnięcie się w fabułę. Nie mniej jednak trzeba powiedzieć, że sam pomysł i jego wykonanie jest jak najbardziej udane. Nie wiem jakim sposobem udało się to osiągnąć, ale nadal jestem zaskoczona. Gra aktorska - świetna. To zadanie wcale nie należało do najłatwiejszych, głównie dlatego, że połowa postaci była martwa, a okazywanie uczuć w takich czasach na pewno dla każdego aktora była nowością.
Ostatecznie zdecydowałam się czekać i zobaczyć chociaż kilka pierwszych odcinków kolejnego sezonu. The Walking Dead może i nie jest serialem z gatunku przeze mnie uwielbianych, ale mile mnie zaskoczył. I mam nadzieję, że tych niezdecydowanych również.
W kolejnych odcinkach widz ma okazję poznać kilka nowych postaci: Daryla Dixona (Norman Reedus) oraz jego brata Merle'a (Michael Rooker), Shane'a Walsha (Jon Bernthal), rodzinę Ricka, żonę Lori (Sarah Callies) oraz syna Carla (Chandler Riggs). W kolejnych sezonach pojawia się znanym już chyba wszystkim Gubernator Philip Blake (Davis Morrissay). Jednak twórcy upodobali sobie zabijanie wielu postaci w najmniej odpowiednim momencie, przez kompletnie nie widzę sensu w podawaniu innych nazwisk.

Jak wcześniej wspomniałam, trochę zajmuje wciągnięcie się w fabułę. Nie mniej jednak trzeba powiedzieć, że sam pomysł i jego wykonanie jest jak najbardziej udane. Nie wiem jakim sposobem udało się to osiągnąć, ale nadal jestem zaskoczona. Gra aktorska - świetna. To zadanie wcale nie należało do najłatwiejszych, głównie dlatego, że połowa postaci była martwa, a okazywanie uczuć w takich czasach na pewno dla każdego aktora była nowością.
Ostatecznie zdecydowałam się czekać i zobaczyć chociaż kilka pierwszych odcinków kolejnego sezonu. The Walking Dead może i nie jest serialem z gatunku przeze mnie uwielbianych, ale mile mnie zaskoczył. I mam nadzieję, że tych niezdecydowanych również.

0 komentarze:
Prześlij komentarz