• Facebook
  • Twitter

Love, Rosie (2014)


Rosie i Alex są przyjaciółmi od dziecka. Cały swój wolny czas spędzają ze sobą, dzielą się wszystkimi sekretami. Mają wspólne zainteresowania i jedno marzenie, które chcieli by dzielić. Jednak jedna noc zaważyła na życiu Rosie, z czego nie była do końca szczęśliwa. I tak oto Alex sam wyjeżdża do Bostonu, aby spełnić ich marzenie, a jego najbliższa przyjaciółka zostaje w Dublinie, aby zostać samotną matką. Okazuje się, że wyjazd Alexa zmieni wszystko, co było między nimi.

Zwiastun tego filmu widziałam już we wrześniu, kiedy szukałam ciekawej komedii na babski wieczór. Niestety, w Polsce jeszcze tego filmu nie było, tak więc musiałam zaczekać do grudnia, aby zobaczyć Sama i Lily w roli przyjaciół, którzy skrycie pragną czegoś więcej. Kiedy ten moment nastąpił, to nawet wizja kolokwium przed seansem nie umniejszała mojego szczęścia. Powiem Wam, że warto było czekać. Teraz rozumiem, co miały na myśli inne blogerki, kiedy pisały, że poszłyby na tę produkcję jeszcze raz. 


Zacznę od tego, że fabuła nie jest tak idealna, jak się spodziewałam. Nie jest do końca przewidywalna, ponieważ niektóre zwroty akcji szokowały. Nie raz myślałam, że to już ten oczekiwany moment, a tu nic z tego. Do tego akcja toczyła się naprawdę szybko. Zanim się obejrzałam i przyzwyczaiłam do danej sytuacji, twórcy już dodawali kilka miesięcy bądź lat później. Nie przeszkadzało to aż tak bardzo, jak mogłoby się wydawać. Jednak parę minut dłużej, jeszcze nikomu krzywdy nie zrobiło. Tym bardziej, że czas spędzony na oglądaniu mijał bardzo szybko; w jednej minucie wchodzisz na salę kinową, a w kolejnej musisz ją opuścić. Niestety. 


Przejdźmy już do plusów produkcji. A mam na myśli dobór obsady - Lily Collins jako Rosie Dunne oraz Sam Clafin w roli Alexa Stewarda. Nie byłam na samym początku przekonana, co do Sama, tym bardziej, że miałam okazję zobaczyć go tylko jako Finnicka w Pierścieniu Ognia czy Kosogłosie. Na całe szczęście obawy były całkowicie bezpodstawne. Jak dla mnie, to Sam w każdej roli mógłby się tylko uśmiechać. Lily Collins lubię już od jakiegoś czasu, więc wiedziałam, że kolejna komedia romantyczna z nią w roli głównej nie będzie klęską. I tak oto dostaliśmy dziewczynę, która szybko musi dorosnąć i zrezygnować ze swoich marzeń. Rosie zaraz po skończeniu szkoły zostaje mamą. Szczęście w nieszczęściu, jeśli można tak to określić. Ale czy rezygnuje ze swojego marzenia? Na całe szczęście nie. Musi tylko poczekać na odpowiedni moment. 


Co do muzyki, to od początku nie byłam do niej przekonana. Energiczna melodia to smutnej sceny kompletnie nie pasowała, jednak potem nastąpił nagły zwrot.
 Pewna osoba już po seansie zwróciła mi uwagę, że film został bardzo dobrze nakręcone, chodzi tutaj głównie o ujęcia. Rzeczywiście tak jest! Wiele scen zostało pokazanych w inny sposób niż pozostałe komedie romantyczne, przez co ma się wrażenie oryginalności. Reżyser, Christian Ditter, spisał się. 

Love, Rosie dodaję do swojej bardzo krótkiej listy ulubionych filmów. Teraz pozostaje tylko czekać na to, aż w Polsce pojawi się dvd. A wszystkim serdecznie polecam obejrzenie produkcji, mam wrażenie, że się nie zawiedziecie. 


";if(c"}urls.splice(0,urls.length);titles.splice(0,titles.length);document.getElementById("related-posts").innerHTML=dw}; //]]>

0 komentarze:

Prześlij komentarz